|
Blog > Komentarze do wpisu
Nasze sprawy w naszych rękach
Od jakiegoś czasu władze Rudy Śląskiej chwalą się na prawo i lewo tzw. Planem Zagospodarowania Przestrzennego. W założeniu to narzędzie miało zapewnić z jednej strony harmonijny rozwój miasta, z drugiej zaś inwestorom dawać pewność, odnośnie stabilnego statusu wybranego przez nich miejsca. Plan ma chronić mieszkańców przed często występującymi „uciążliwościami sąsiedztwa”. Te dotyczą głównie zakładów pracy, ale też zdarzają się przy bezrozumnym zabudowywaniu terenów, dotychczas uznawanych za wolne. Nosząc się z zamiarem ulokowania oszczędności całego życia w budowę własnego domu, wystarczy plan sprawdzić. Tak jest przynajmniej w założeniach. Jak kilku moich obecnych sąsiadów, zrobiliśmy to dziesięć lat temu. Według Planu z naszych przyszłych domów mieliśmy mieć widok na las, a spora działka od niego nas oddzielająca była przeznaczona pod wchłaniające sporo wilgoci uprawy szkółkarskie i ogrodowe. Nie dziwota – te 6 tysięcy metrów kwadratowych było łąką wchłaniającą wodę, spływającą z lasu– w nim istnieją co prawda rowy, ale od lat zaniedbane. Inne działki, będące wówczas własnością jednego z byłych strażników miejskich, a położone tuż pod ścianą lasu również pozbawione były możliwości zabudowy. W sumie takie położenie było spełnieniem naszych marzeń. Pokonując wiele trudności, potykając się o rzucane nam przez urzędników pod nogi kłody, wybudowaliśmy nasze domy, utwardziliśmy sobie drogę. Przydzielono nam też odpowiednie numery porządkowe. Szczęśliwi zapomnieliśmy o jednym: mieszkamy w Rudzie Śląskiej, „mieście otwartych możliwości”. Ta spora działka była dość łakomym kąskiem. Znalazł się człowiek, który ją zakupił i podzielił na mniejsze. Sporo miał zarobić, ale nie w zgodzie ze wspomnianym Planem. No bo ilu może być w jednym miejscu ogrodników i szkółkarzy? Ale od czego znajomości, i to z ludźmi, stojącymi na szczytach miejskiej, urzędniczej drabiny? W efekcie Rada Miasta … uchwaliła zmianę Planu Zagospodarowania. Działki mokrej łąki zyskały prawo zabudowy, przy okazji te pod lasem też. No i zaczęło się … Przez środek tej łąki wytyczono działkę drogową. Przedtem było to raczej bagienko, dlatego właściciele urządzili pod nią drenaż. Jego wylot skierowali… wprost na urządzoną przez nas drogę. Od tej pory grzęźniemy w błocie, woda wymywa dziury i wyrwy, zalewa nasze podwórka, zimą na nawierzchni ul. Orzeszkowej tworzy się lodowisko. Zwróciliśmy się do Urzędu Miasta, jako instytucji która przecież z definicji powinna mieszkańcom pomagać. Pani wiceprezydent Kurowska złapała się za głowę twierdząc, że takie podziały geodezyjne są wręcz kuriozalne, że Urząd nie miał o tym pojęcia! Zapomniała, że to Urząd podziały przecież zatwierdza, pobierając za to nawet stosowne opłaty. Obiecała zlecenie dokonania obliczeń zlewni, jako koniecznych do rozwiązania problemu. Minęły dwa lata… i nic. Nasi włodarze po prostu bezradnie rozłożyli ręce. Nic to dziwnego – zajmuje ich przecież inna woda, mająca wypełnić w przyszłości niecki halembskich basenów … A ta, która przysparza nam tylu problemów, spływa po nich jak po kaczce. Dość dawno temu w ciągu ulicy Orzeszkowej urządzono kanalizację deszczową. Ostatnia jej studzienka mieści się jednak, przy stojących wówczas jako ostatnie domach. Mieszkańcy zaś domów nowych, podczas spotkania z p. Kurowską uzyskali jej zapewnienie: podczas budowy kanalizacji sanitarnej można będzie tę deszczową przedłużyć, co w dużym stopniu rozwiąże zaistniałe problemy. Kanalizacja sanitarna została urządzona, nawierzchnia drogi zniszczona, kanalizacji deszczowej nikt nie przedłuża. Dlaczego? Pani Kurowska na łamach prasy stwierdziła, że tam … nie ma kanalizacji deszczowej! Jest tylko „zarurowany rów”! Czyżby ówczesne zbudowanie staraniem UM „zarurowanego rowu”, było wykonywane bez stosownych planów, uzgodnień i pozwoleń? Notabene zauważcie, że w ten sposób znalazło potwierdzenie zdanie jej zwierzchnika, że zatrudnia wyłącznie wybitnych fachowców. Wprowadziła bowiem zupełnie nowe pojęcie do oficjalnego nazewnictwa technicznego. Zarobiła na swoją premię! Przy okazji dała też mieszkańcom do zrozumienia, że w sumie to sami są sobie winni, bo kupili tanie działki! Ja tam swoje wiem. Podstawowym winowajcą jest tutaj szeroko pojęty Urząd Miasta Ruda Śląska. Kto i dlaczego skierował (czytaj: przeforsował) pod obrady RM zmianę planu zagospodarowania? Kto zmianę zaopiniował pozytywnie, pozbawiając spory teren naturalnego „odbiornika” wód opadowych? Dlaczego właściwe służby od budujących nie egzekwują prawnych przecież wymagań, określanych jako „nienaruszanie panujących stosunków wodnych”? Kto robi ludzi w przysłowiowego konia? Kto odniósł zyski, a teraz się na problemy normalnie „wypina”? Nazwisk chyba wymieniać nie muszę, znajdziecie je zawsze na pierwszych stronach miejskiej gazeciny. Niedawno wiceprezydent Satała skierował pod obrady RM wniosek, o nadanie nazw odcinkom dróg wewnętrznych w rejonie ulicy Orzeszkowej. Uzasadnienie było równie kuriozalne, jak nazwanie tych działek drogami. „Wydzielono szereg działek (…), KOLEJNYM KROKIEM BĘDZIE nadanie posesjom numerów porządkowych”. Przecież numer porządkowy nadano mojej posesji dziesięć lat temu … I to nie żaden „a”, „b” czy „j” – mam PEŁNY numer. Służalcza Rada wydała więc wyrok: nadajemy nazwę ulicy Poświatowskiej. Mieszkańcy, oburzeni ignorancją i deptaniem ich praw złożyli stosowny protest na piśmie. Prezydent zaprosił ich do urzędu, gdzie obiecał: wycofajcie protest, to będzie kanalizacja i asfalt! Protestu nie wycofali, zgodnej z prawem odpowiedzi nie otrzymali, decyzja rady podobno stała się prawomocną. Prezydent słowa dotrzymał na swój sposób: asfaltu nie ma, woda dalej robi swoje, a dziwaczna nazwa „Poświatowskiej” została umieszczona na tabliczce wbrew woli ludzi. Wobec tego mieszkańcy wspólnie uradzili, że chcą mieć za patrona swojej ulicy Józefa Buzka. Gremialnie podpisali stosowne pismo do RM, dołączyli sążniste uzasadnienie. Odpowiedź była taka, jakiej można się było spodziewać: NIE. Nie, bo na zmianę jest za wcześnie! Widocznie ich droga musi się przez bliżej nieokreślony czas „ponazywać” imieniem owej Poświatowskiej. A podobno jest to „najbardziej śląskie ze śląskich miast” … W tym pięknym, niestety dzięki jałowej pracy Urzędu - feralnym rejonie, osiedlili się ludzie przedsiębiorczy. Zasady ekonomii nie są im obce. Dlatego też potrafią myśleć i znają dobrze prawdziwe przyczyny swoich nieszczęść. Miejsce należnej im troski Urzędu o ich rzeczywiste potrzeby, zajmuje obecnie realizacja czyichś maniakalnych wręcz, a przy tym bardzo kosztownych wizji miasta, oficjalnie „nowoczesnego i przyjaznego mieszkańcom”. Jak przy tym władza traktuje postrzeganie przez mieszkańców jej rozpasania ? „Jesteście umysłowymi impotentami”. A przyjazność objawia się wydawaniem pieniędzy na budowę marmurowej patelni w centrum Nowego Bytomia, budową basenów na koszt naszych dzieci, zlecaniem „renowacji” zabytków dziwnej firemce z bytomskiego mieszkanka, dziurawymi i wyboistymi drogami, czy pompowaniem kolejnych porcji pieniędzy w zarządzane przez ludzi „z klucza” (czytaj: kolesiów), a przynoszące ciągłe, a przy tym wymierne straty spółki miejskie. Jako lubiący odwoływać się do historii, przypomnę pewien jej epizod. Pamiętam, jak wiele lat temu KWK Halemba postanowiła wywozić swoje odpady w panewnickie lasy. Budowa linii kolejowej oznaczała głównie potężną ingerencję w środowisko. Zostały przez nią przecięte naturalne cieki, odprowadzające wody z kłodnickiego wzgórza i lasu do rzeki. Kopalnia zobowiązała się do odpowiednich działań. Teraz jednak, w poczuciu bezkarności dokłada dalej „swoje”, prowadząc wydobycie metodą „na zawał”. Resztki odprowadzających wodę rowów po prostu zapadają się razem z terenami przyległymi. Woda zalewa kolejne domy, a na działkach, kwalifikowanych przez UM do celów podatkowych jako „budowlane” tworzą się głębokie stawy. Przedsiębiorstwo wodociągów i KANALIZACJI nigdy o odpływy z nich nie dbało. Ludzie są zrozpaczeni. Kiedy zwrócili się do swojego radnego, ten odpowiedział: „myślicie że tylko Was mam na głowie”? A całkiem niedawno, naczelnym hasłem wyborczym kandydatów na radnych była dbałość o potrzeby mieszkańców i rodzinę. Żaden tylko nie dodał, że jedynie o własną. A uchwalając wspomniane na wstępie zmiany Planu Zagospodarowania, bez postawienia ich beneficjentom dodatkowych, ale na Boga – dla wspólnego dobra koniecznych przecież wymagań, wykazali niebywałą niefrasobliwość, swoją wręcz absolutną nieprzydatność dla miasta i jego mieszkańców. Osobiście rozumiem problemy, jakie napotykają w swych działaniach miejskie władze. Ale wyrażam zdecydowany sprzeciw, wobec zrzucania rozwiązywania problemów przez władze zawinionych, na oszukiwanych mieszkańców. Dość mam arogancji władyków, bezczelnego łgarstwa, naginania procedur dla rozwiązań mieszkańcom szkodzących. Życie pokazało, że w odniesieniu do bilansu mijającej kadencji, mieszkańcy jednak sami sobie są winni. Tak swoich przedstawicieli wybrali. Czy z gorzkiej lekcji skorzystają? Czas pokaże, historia osądzi. Pamiętajmy jednak ciągle o tym, że wbrew pozorom mamy duży wpływ na losy miasta. Tylko udział i mądre decyzje w nadchodzących wyborach nam pomogą. Jan Kołodziej poniedziałek, 14 czerwca 2010, ruda-2010
|
Ruch Autonomii Śląska
|